Nie ma mnie. Płynę.
Jestem sam, ale za to unoszę się szczęśliwy i podniecony, jak ten chłopak ze zdjęcia.
Patrzę w niebo. Mocny, jasny księżyc rysuje tło mojego obrazka, pięknie rozświetlając spokojną taflę rzeki, tworząc czarne kontury osób znajdujących się na dachu.
A na pierwszym planie sztuczne światło dochodzące z baru, który jest otwarty do godziny 24. Sześciu karciarzy wykupiło już chyba całe piwo. Dobrze, że nie grali w pokera, bo pewnie siedziałbym z nimi.

Wiedziałem od tygodnia, że popłynę. Ile to było „wow“ wśród Brasileiros. Przestrzegali mnie, martwili się.
Bo do dżungli, bo ciepło, samemu tak? Bo niebezpiecznie, i my tam na wakacje nie latamy. Wolimy plaże w Miami.
W Polsce ostatnio usłyszałem:
Piotr ogarnij się! Jesteś przed 40stką skończysz z ręką w nocniku!!!
O, serio?
Jebać! Płynę dalej.

Pokonałem kawał drogi, bo aż 4 tys. kilometrów z Belo Horizonte do Manaus.
Z przygodami i jednodniową obsuwą w końcu trafiłem na ten statek.
W głowie miałem wszystkie przeczytanie reportaże o ciemnej stronie Brazylii.
Ostrzeżenia o porwaniach gringo, o złodziejach i przestępcach.
W sercu miałem jednak ciekawość i misję.

Ta misja, to dotarcie do ludzi mieszkających w dżungli i sfotografowanie ślubu. Tego jak żyją, co jedzą, jak grają w piłkę.
Ta misja, to też ucieczka od świata, z którym się nie zgadzam.
Uciekam od ludzi, którzy nie interesują się człowiekiem z drugiego końca globu.
Nie chcą wiedzieć jak żyją ich rówieśnicy, boją się ich odmienności, ich koloru skóry i zapachu.
Nie potrafią zrozumieć i docenić tego, że urodzili się w czasach oraz w kraju, w którym panuje dobrobyt.
Ta sytość powoduje strach! Strach przed utratą tego dobrobytu.
A strach siłę ma wielką, rośnie szybko tworzy granice.
Budujemy domy, kupujemy mieszkania, stawiamy płoty i szlabany na prywatnych osiedlach, okna zakrywamy firanami. Nie znamy naszych sąsiadów.
Zamykamy się.
Bo tyle do stracenie, lepiej nie patrzeć, tak wygodniej i jeszcze więcej dla siebie i swojej bezpiecznej przyszłości.
Wreszcie uciekam od świata, który z każdej strony atakuje mnie milionami tanich i mordujących moją kreatywność i empatię obrazkami.
Uciekam od środowiska, w którym umiejętność wyłapywania prawdziwych i rzetelnych informacji już jest jedną z najważniejszych umiejętności, ale tego jeszcze nie rozumiemy.

Port w Manaus to wyzwanie dla każdego podróżnika, tym bardziej bez znajomości portugalskiego.
Trafiam na swój statek przy drugim podejściu, następnego dnia.
Udaje mi się dzięki kierowcy taksówki, któremu oddałem cały mój los przez te dwa dni. W porcie panuje chaos. Temperatura, wilgotność, ciężki plecak, ale świadomość, że cały mój dobytek w postaci sprzętu jest wraz ze mną dodaje mi dodatkowych sił.
Idziemy kilkaset metrów, wskakujemy do motorówki i gdzieś płyniemy, nie mam wyjścia, muszę zaufać taksówkarzowi. W końcu trafiam na jakiś statek, w życiu bym tutaj sam nie trafił.
Jair założył mi hamak, na którym miałem spać i podróżować, Nie ma mnie. Płynę.
Jestem sam, ale za to unoszę się szczęśliwy i podniecony, jak ten chłopak ze zdjęcia.
Patrzę w niebo. Mocny, jasny księżyc rysuje tło mojego obrazka, pięknie rozświetlając spokojną taflę rzeki, tworząc czarne kontury osób znajdujących się na dachu.
A na pierwszym planie sztuczne światło dochodzące z baru, który jest otwarty do godziny 24. Sześciu karciarzy wykupiło już chyba całe piwo. Dobrze, że nie grali w pokera, bo pewnie siedziałbym z nimi.

Wiedziałem od tygodnia, że popłynę- ile to było „wow“ wśród brasileiros. Przestrzegali mnie, martwili się
Bo do dżungli, bo ciepło, samemu tak? Bo niebezpiecznie, i my tam na wakacje nie latamy. Wolimy plaże w Miami.
W Polsce ostatnio usłyszałem:
Piotr ogarnij się! Jesteś przed 40stką skończysz z ręką w nocniku!!- o serio? Jebać! płynę dalej.

Pokonałem kawał drogi bo aż 4tys kilometrów z Belohorizonte do Manaus.
Z przygodami i jednodniową obsuwą w końcu trafiłem na ten statek.
W głowie miałem wszystkie przeczytanie reportaże o ciemnej stronie Brazylii.
Ostrzeżenia o porwaniach gringo, o złodziejach i przestępcach.
 W sercu miałem jednak  ciekawość i misję.

Ta misja to dotarcie do ludzi mieszkających w dżungli i sfotografowanie ślubu, tego jak żyją, co jedzą jak grają w piłkę.
Misja to też ucieczka  od świata z którym się nie zgadzam.
Uciekam od ludzi którzy nie interesują się człowiekiem z drugiego końca globu.
Nie chcą wiedzieć jak żyją ich rówieśnicy, boją się ich odmienności ich koloru skóry i zapachu.
Nie potrafią zrozumieć i docenić tego, że urodzili się w czasach oraz kraju w którym panuje dobrobyt.
Ta sytość powoduje strach!Strach przed utratą tego dobrobytu.
A strach siłę ma wielką, rośnie  szybko tworzy granice.
Budujemy domu, kupujemy mieszkania, stawiamy płoty i szlabany na prywatnych osiedlach, okna zakrywamy firanami.Nie znamy naszych sąsiadów.
Zamykamy się.
Bo tyle do stracenie, lepiej nie patrzeć, tak wygodniej i jeszcze więcej dla siebie i swojej bezpiecznej przyszłości.
Wreszcie uciekam od świata, który z każdej strony atakuje mnie milionami tanich i mordujących moją kreatywność i empatię obrazkami.
Uciekam od środowiska  w którym umiejętność wyłapywania prawdziwych i rzetelnych informacji już jest jedną z najważniejszych umiejętności, ale tego jeszcze nie rozumiemy.

Port w Manaus to wyzwanie dla każdego podróżnika, tym bardziej bez znajomości portugalskiego.
Trafiam na swój statek przy drugim podejściu następnego dnia.
Udaje mi się dzięki kierowcy taksówki któremu oddałem cały mój los przez te dwa dni.W porcie panuje chaos, temperatura, wilgotność ciężki plecak ale świadomość, że cały mój dobytek w postaci sprzętu jest wraz ze mną dodaje mi dodatkowych sił,
Idziemy kilkaset metrów, wskakujemy do motorówki i gdzieś płyniemy, nie mam wyjścia musze zaufać taksówkarzowi. W końcu trafiam na jakiś statek, w życiu bym tutaj sam nie trafił.
Jair założył mi hamak, na którym miałem spać i podróżować. Wyciągnął telefon, podał swój Instagram i zaproponował każdą pomoc, gdyby były problemy.
Bogowie mi sprzyjają, docieram tam gdzie chce i poznaje wspaniałych ludzi.
Na statku są dwa pokłady i mnóstwo hamaków i kilkaset ludzi, ludzi już o innych twarzach.
To prawdziwa część Brazylii, tutaj czuję się jak wśród Indian, kobiety są piękne, mają skośne oczy, krótkie nosy i węglowe włosy.
Czuję zapach marihuany, instynktownie siadam przy tych chłopakach czując, że tu będę bezpieczny.
Wypływamy, po godzinie. Jest już ciemno, w końcu jeden z chłopaków podchodzi i pyta czy jestem głodny.
Tak poznaje Xaviera i jego znajomego. Kolejka po jedzenie zaczyna się z jednej strony łodzi, idzie szybko, jak po taśmie. Przy okazji poznaje ludzi z którymi płynę.
Statek jest wiekowy, toalety mają drewniane drzwi, w środku haczyk, jak w wiejskich wychodkach…
W końcu trafiam do kuchni.
Drzwi ciągle się otwierają i zamykają, a kucharz wydaje posiłki w sekundę.
Jeb, jeb i każdy odchodzi z swoją porcją ryżu oraz kurczaka no i słodką brazylijską kawą.
Można prosić wersję wegetariańską. Jeb, talerz z kurczakiem, ryżem i słodką kawą do drugiej reki, drzwi trzasnęły mi przed nosem.
I następny. Tak sobie myślę, taka łódź, tylu ludzi i każdy ma kurczaka, ile takich łodzi teraz płynie w Amazonii, w Brazylii, na Świecie.
I co każdy dostaje kurczaka? Potem wszyscy wracają i znowu kurczaki?
Gdzie oni trzymają wszystkie te kurczaki?
Płyniemy, popijam piwo z baru, jem ryż, palimy z chłopakami. Nasza rozmowa jest wolna, angielski mniej niż elementarny, ale śmiejemy się, podchodzą dziewczyny i  radości jest więcej.
Po jakimś czasie dopiero zauważam jak rzeka się zwęża i rozszerza co chwile, a po obu stronach amazońska dżungla, a w niej wszystkie te zwierzęta, wszystkie te polowania, machina śmierci i walki o przetrwanie właśnie się zaczyna a ja jestem w samym centrum.
Otacza mnie największy las deszczowy na świecie.
Łapie mnie sen.
Pozostaje jeszcze wejść na swój hamak, co przy tym gąszczu ludzi i moim prawie  metr dziewięćdziesiąt jest wyzwaniem. Pewnie wyglądam komicznie, śpię z kolanami przy twarzy i chyba na głowie jakiegoś chłopaka, który nie wiem kiedy, umieścił swój hamak pode mną.
Zioło i piwo robią swoje, zasypiam od razu.

Śpię tylko parę godzin, jest po czwartej, budzi mnie wilgotność, ciężkie powietrze i natura, która wstaje razem ze mną.
Robi się szaro. Idę na dziób, cudowna mgła, cisza i dźwięki z lasu po obu stronach.
Zaczynam fotografować, idealną kompozycję uzupełnia facet w kapeluszu, który siedzi i w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.
Z każdą minutą jest jaśniej i głośniej. Kolory, których nie widziałem nigdy wcześniej, pojawiają się zwierzęta na brzegach.
Są dzikie konie, wstaje słońce. Jest czerwono, żółto, pomarańczowo. Jest też strasznie wilgotno i co raz cieplej.
Po osiemnastu godzinach docieram do celu – około godziny dwunastej jestem w porcie Maues.
Każdy zabiera swój hamak i bagaż i idzie w swoim kierunku.
Dla mnie to nowy świat, w którym spędzę kolejne dwa tygodnie.

Dodaj komentarz

Close Menu