Od dwóch tygodni nocuje w hostelu w Addis Ababe.
Na stałe mieszkam tu tylko ja i sympatyczny Niemiec, który jest tutaj już od dwóch miesięcy. Ciekawa z niego osoba, samotnik, ma żonę, która została w kraju i uprawia swój ogródek, a on woli przebywać wśród ludzi podróżując.
Hostel jest jeszcze nowy, świeci jeszcze pustkami, co w jakimś sensie, szczególnie nocami, tworzy ciekawy klimat pustego korytarza i świecących neonówek. Często też nie ma w ogóle światła, co w przemyśleniach, szczególnie nocnych, typu „gdzie ja jestem i co tutaj robię“ daje niezłe doznania i odpowiedzi na wiele pytań, które ciężko mi było odnaleźć w codziennym życiu.

Pracują tutaj dwie dziewczyny – Mulu (19 lat ) i Emebet (27 lat) oraz jeden chłopak – Legese.
Hostel to też ich dom. Dziewczyny piorą i ogarniają pokoje, cała trójka pracuje siedem dni w tygodniu.
Legese ma 36 lat, widuję go nocą, pilnuje porządku i bramy wejściowej. Wpuszcza i wypuszcza imprezowych gości. Za dnia zajmuje się czyszczeniem butów na ulicy. Legese śpi w śpiworze na podłodze w portierni. Jest moim rówieśnikiem i osobą, która bardzo mnie wzrusza.
W jakimś sensie stawia mnie do pionu w momencie, kiedy moje puste ego i wygórowane ambicje miotają moim życiem.
Nocami jest ruch, pojawiają się pary, które za małą opłatą, mogą wynająć jeden z pokoi i nacieszyć się sobą do woli.
Budzą mnie na zmianę uderzenia pośladów, jęki kobiet i odgłosy zadyszanych mężczyzn tuż za ścianą. Czasami nie mogę spać ze względu na modlitwy, które słychać zza okna, to wyjątkowe śpiewy mężczyzn o niespotykanej barwie głosu. Zdarza się, że trwają całą noc.
Są też takie noce kiedy zza okna śpiewa mężczyzna do swojego boga, a w pokoju obok kobieta udaje orgazm życia.

Dzisiaj ciężko mi zasnąć, siadam na łóżku zapalam światło.
Wychodzę na korytarz, idę na balkon, po drodze mijam pokój Niemca. Siedzę tak na balkonie i  w ciszy planuje kolejne dni.
Po trzech, czterech dniach okrzyki z pokoju obok nie robią już na mnie wrażenia. Patrzę w niebo, w to samo niebo, które nie dawno oglądałem w Amazonii.
Nagle otwierają się drzwi pokoju, w którym miałem wrażenie, koleś jest królem życia i jedynym samcem w okolicy. Wychodzi facet, wygląda na zdziwionego moją obecnością i średnio przyjaznym głosem coś do mnie mówi, ale
niestety nie ogarnąłem amharskiego, więc zbywam go wzrokiem i postanawiam wracać do moich nocnych przemysleń.
Jakieś dwie godziny później budzę się w sekundę, bo ktoś napieprza w drzwi obok.
I nie przestaje!
O tej porze ten dźwięk brzmi przeraźliwie, trwa to dobre 30 sekund, ktoś bardzo silny chce rozwalić drzwi, zaczynają się krzyki: help help!
Te słowa zmieniają wszystko, dodają jeszcze większej adrenaliny i dramatyzmu tej dziwnej sytuacji.
W sekundzie jestem gotowy, ale do czego?
Słyszę jak Legese biegnie po schodach, wychodzę z pokoju jest też inna osoba oraz spanikowana kobieta, która twierdzi, że ktoś próbował wejść do jej pokoju.
Do dzisiaj nie wiem co dokładnie się stało i nikt chyba nie wie.
Dobrze, że jutro wyjeżdżam, zdecydowanie przyda mi się przerwa od tego miejsca.

Kolejnego dnia znowu ktoś wali, tym razem znacznie delikatniej, ale do moich drzwi. Jest to kierowca taksówki, która o 4-tej nad ranem zabierze mnie na dworzec autobusowy, skąd wybieram się 500 kilometrów na wschód Etiopii, do miasta Harare. Tam będę chciał odnaleźć ludzi, którzy zabiorą mnie na swój ślub.
Kierowca przyszedł się przedstawić i zapewnić, że zawiezie mnie na czas oraz, że mam się czuć bezpieczny.
Później stał się moim pewnym kontaktem i ulubionym szoferem w Addis, do dzisiaj mamy kontakt.

Autobus średniej jakości zawiezie mnie do Harare, bardzo już jestem ciekaw tej Afryki poza miastem.
Wsiadam i szybko okazuję się, że oczywiście jestem jedynym białym na pokładzie. Mam swój przydzielony fotel i współtowarzysza podróży.
To dojrzały mężczyzna po 60-tce, niskiej postury ubrany w garnitur, taki jak ze strychu babci, taki jak od dziadka, ciemnozielony, poczciwy.
W ogóle nie reaguje na mnie, ma nakrycie głowy i swoją książeczkę.
Małą książeczkę w rozmiarze jego dłoni. Modli się i czyta starannie z pasją, oddaniem co chwila całując stronę, którą przeczytał.
Ciekawe, czy całe życie tak bardzo był czemuś oddany, tak bardzo wierzył w coś, w jakiegoś Boga, czy też inną siłę wyższą. Zastanawiałem się, czy od piędziesięciu lat dziennie w taki sposób zaczyna dzień?
Ruszamy, a ja zmieniam miejsce, jest sporo wolnych w tym busie, więc chce usiąść sam, wygodnie i na spokojnie oglądać Afrykę zza okna.
Zaraz po wyjeździe, pomimo dokładnego sprawdzenia biletów podczas wchodzenia na pokład odbywa się ponowna kontrola i mężczyzna z t-shirtem adidasa robi swoim kasownikiem dziurkę w moim bilecie, co powoduje u mnie dobry nastrój i przywołuje wspomnienia z dzieciństwa związane z kasownikami w autobusach.
Po trzech godzinach drogi budzi mnie ten sam mężczyzna, przynosi mi wodę i jakieś ciasto.
Za oknem już prawdziwa Afryka, są lepianki, są wielbłądy, dzieciaki biegające na bosaka. Jest też dziewczynka, która w oddali niesie baniak z wodą, żółty baniak made in China.
U Kapuścińskiego kobiety też zaczynały dzień od dostarczenia wody do domu. Minęło tyle lat, a jedyna zmiana, to żółty chiński baniak na plecach kolejnych pokoleń dzieciaków, które zaczynają dzień od dostarczenia wody do domu.
Moje rozmyślania przerywa po raz kolejny facet w t-shircie słowami: ticket please! Ale jak to, przecież nie było postoju, nikt się nie dosiadł?
Podpis długopisem, obok dwóch dziurek z poprzedniego sprawdzenia biletu znów powoduje u mnie dobry nastrój i uśmiech na twarzy oraz pewnie możliwość dalszej kontynuacji podróży.
Jedziemy ok 50 km/h na drodze wszystko, małpy, osły, czasem wielbłądy i żadne z tych zwierząt nie chce się przesunąć. Czasem jakiś pasterz w panice zaczyna używać swojego pejcza, aby stado jego zwierząt zeszło na jedną stronę.
Wreszcie jakiś postój, toaleta w busie jest, ale nie ma klamki.
Wybiegamy na zewnątrz, każdy przed siebie, kobiety na lewo, nie ma krzaków. Dziwnie to wygląda.
Nagle nie wiadomo skąd pojawia się dziadek z dwoma zębami z przodu, w dziwnym ubraniu i nakryciu głowy.
Wyróżnia się bardzo szczupłymi nogami, na mój widok zaczyna się śmiać, handluje jakimiś patykami, które wszyscy od niego kupują, tylko nie ja, co wywołuje kolejną salwę śmiechu u niego i reszty podróżnych.
Dziesięć minut później widzę jak cały autobus myje zęby tymi gałązkami.

Kolejny postój to już przerwa obiadowa w małej miejscowości. Widzę, że wywołuję ogromną ciekawość, szczególnie wsród kelnerek, które wstydzą się podejść i zapytać o to, co podać. Poznaje też dwójkę facetów z busa, to pastor z Harare oraz jego znajomy.
Przekonują mnie, aby wysiąść wcześniej w Diredrewa i jechał z nimi mini taksówką.
Do tej propozycji długo nie muszą mnie namawiać i godzinę poźniej jestem już u bram tego historycznego miejsca.

Pierwsze co odczuwam to ciężki klimat i wysoką temperaturę.
Teraz dopiero jestem w Afryce, a plecak waży dwa razy tyle co normalnie.
Godzinę chodzę po mieście szukając noclegu i opędzając się od pseudo przewodników i dzieciaków wykrzykujących w moim kierunku: china china albo „forenczi“
Zauważam już te słynne kolorowe ściany i jeszcze bardziej kolorowe kobiety. Zauważam też, że jest tutaj „ciężko“ i bardzo biednie.
Policjanci z kałachami, nie robią już na mnie takiego wrażenia, przywykłem do nich.
Bardziej moją uwagę przykuwa ich większy luz w poruszaniu się oraz w sposobie, w jaki się ubierają i trzymają tę broń. Momentami czuję się, jak w filmie, w którym rebelianci chodzą sobie po mieście z bronią.
Zaczyna robić się szaro, jestem koszmarnie zmęczony, więc wybieram opcje hotelu z działającym prysznicem.
Wypijam dwa piwa, siadam na łóżku, trzymając się planu, aby zawsze mieć gotowy sprzęt i naładowane baterie, wyciągam je z plecaka i podłączam do sieci.
Budzę się o 5 rano obok ładowarek, w ubraniach w jakich wszedłem do pokoju hotelowego.
Na szczęście baterie naładowane, można iść w miasto.

Dodaj komentarz

Close Menu