Jej bose stopy zdobi złota bransoletka założona na wysokości kostki, wiatr kreśli jej chimar, krojąc jego prostotę w najbardziej wysmakowaną suknię w kolorze mocnej czerwieni.
Nawet mnie nie zauważa i płynie dalej. Pojawiają się kolejne dwie, tym razem w żółtych hidżabach. To młode dziewczyny, patrzą na mnie w tym upale, jakby przerażone i odchodzą.

Jest ich mnóstwo, przechodzą obok siebie, pojawiają się znikąd, wyskakują nagle z ponad stu wąskich uliczek.
Stare miasto Harare, to wielki labirynt kolorowych ścian, labirynt niespodzianek o niezliczonej liczbie meczetów i kobiet ubranych we wszystkich rodzajach muzułmańskich strojów.
Od razu zauważam wśród nich podział i status materialny.
Większość kobiet wykonuje ciężką pracę.
Widzę dziewczyny, a może już kobiety niosące ciężkie i żółte chińskie baniaki z wodą.
Niosą wodę w rękach, na głowie, na osłach, niosą jak się da i gdzie się da. Idą przed siebie.
Jeszcze inne prezentują się w starannie dobranych sukniach podkreślających ich zadbane ciała, podkreślają swoje usta, czerwoną szminką. Te z kolei niosą tylko swoje torebki i kolorowy lakier na paznokciach.

Poruszam się tak w tych labiryntach, nie widząc co mnie czeka dalej. Słońce nad moją głową ma się dobrze i grzeje w najlepsze.
Każdy kogo omijam jest spragniony, zmęczony i średnio na mnie zwraca uwagę.
Każdy chce już dojść do swojego celu. Ile cudownych rzeczy mnie ominęło, kiedy też tak goniłem do swojego celu.
A teraz go nie mam i widzę więcej.
Idę od jakiegoś czasu obok kobiety w czerwonej chuście.
Ja nie wiem dokąd idę, ale ona ma zdecydowanie swój cel. To widać w jej desperacji.
Jest koszmarnie ciepło.
Musi jej być cieżko. Co chwile przystaje i bierze oddech, nagle zauważam, że na plecach pod chustą ma dziecko. Wiele kobiet tu, w taki sposób przenosi swoje dzieci.
Chodzę razem z nimi. Jestem ciekawy tego ich życia, jestem ciekawy dlaczego nie mają dostępu do wody i tyle kobiet musi samodzielnie zadbać o to, aby dostarczyć ją do swoich domów.

Co robią ich mężczyźni? Czy na pewno wszyscy siedzą na ulicach i żują ten ich khat?
Khat sprzedają kobiety, bo to one tutaj napędzają życie. Całe rzędy kobiet, ubranych w kolorowe chusty, siedzą na ulicach i sprzedają ten nośnik cathinonu.
Cathion to substancja psychotropowa rośliny Khat.
Żując khat (czat) nie odczuwasz zmęczenia i głodu. Po jakimś czasie pojawiają się skutki uboczne, zaczynają się choroby psychiczne i wieńcowe.
Najbiedniejsi żują to całymi dniami. Łatwo ich zauważyć, nie reagują lub są podnieceni, a ich źrenice są powiększone, wszyscy też mają zielone usta. Omijam mężczyznę z wielką dziurą w twarzy, który mimo to nadal żuje i majaczy.
NIkt o nich nie dba, nikt im tego nie zakazuje, mogą narkotyzować się do woli. Jest ich całe mnóstwo.
Khat to świetny biznes, codziennie z samego rana ta roślina dostarczana jest do całej Etiopii, a właśnie przez swój klimat, Harare i okolice są sercem khatu. Tutaj nie potrzeba alkoholu, aby odlecieć, wsuwasz zielone listki i przenosisz się w świat marzeń, w inne miejsce gdzie jest Ci lepiej.

Przebywając tutaj, z każdą minutą oddalam się od mojego świata, który zostawiłem już dawno za sobą. Oddalam się w inne miejsce, którego jeszcze nie rozumiem.
Ale chyba nawet nie chce zrozumieć, bo dobrze się tutaj czuję.
To taki moment, w którym przestajesz się zastanawiać, puszczają wszystkie przyzwyczajenia i pędzisz dalej.
Pochłaniam wszystkie te kolory, klimat i zapach, jak małe nieświadome dziecko. Jestem ciekawy co będzie w następnej uliczce.
Przy głównej ulicy jest ciągły ruch, poruszają się niebieskie taksówki, stare i pordzewiałe.
Jestem w samym sercu islamskiego miasta, jednego z najważniejszych i najstarszych w tej religii.
Co jakiś czas słychać piękne modlitwy, piękne śpiewy mężczyzn, ale w tych labiryntach nie jestem w stanie zrozumieć skąd dobiegają te głosy. Często siadam, reumatyzm nie pozwala żyć na pełnych obrotach, przypomina bezwzględnie o tym, że on tutaj rządzi. Dbam o to, nie siłuję się już ze sobą, nie wygram z nim.

Docieram do miejsca skąd wszyscy biorą wodę.
Kolejki kolorowych kobiet i dzieci ze swoimi żółtymi baniakami, w pełnym słońcu czekają na swoją kolej.
I tak dzień w dzień, aby przynieść trochę wody do swojego domu, aby się umyć, aby coś ugotować, wędrują rozgrzanym, kolorowym labiryntem.

Zmęczony wracam do swojego hotelu. Muszę jeszcze przejść bramę starego miasta, która oddziela dwa światy, nie tylko chrześcijański od muzułmańskiego, ale mam wrażenie jakiejś epoki i pewnego uczucia pod tytułem „jestem w środku“, lub „wyszedłem stamtąd“
Wracając ok. 19 -tej jest już ciemno, nic nie widać. Główna droga nie jest oświetlona, widzę tylko przechodzące obok mnie duchy w chimarach, na ulicach leżą bezdomni. Widok mijających mnie policjantów z kałachami nie robi już na mnie wrażenia.

Wracam do hotelu. Mam tutaj spędzić ostatnią noc, ostatni ciepły prysznic i zaznać snu w wygodnym łóżku. Omijam bramkę, ochronę z kałachami i wchodzę w inny zupełnie świat.
Świat, który jest pilnowany i oddzielony. Tutaj, każdy ma wodę w pokoju i każdy może odpocząć po gorącym dniu, nie martwiąc się o wodę na jutro.
Idę na kolację. Już dawno nie jadłem nic z tak czystej restauracji.
Są nawet białe serwety i kelnerzy mówiący po angielsku.
W telewizji leci liga angielska.
Siedzę jak zwykle z notesem i moją Leicą.
Zamawiam piwo, ryż z warzywami i mam ochotę na jakąś relację z otoczeniem. Brakuje mi rozmów, brakuje mi ludzi, ale przy stolikach tylko rodziny na wakacjach. Jest pizza, jest cola dla najmłodszych i piwo heineken dla rodziców.
Na przeciwko 8 stołów połączonych i zarezerwowanych, a na każdym stoi już butelka czerwonego wina.
Podjeżdżają Toyoty takie 4×4, wychodzą jacyś ludzie w bojówkach, kapeluszach, całych strojach, jakby armia USA.
Mają przewodnika, który rozmawia w ich języku, języku niemieckim.
Pracownicy hotelu zabierają ich ogromne walizki na kółkach do pokoi.
Przewodnik informuje ich, że za 20 minut kolacja.
Po tym czasie pojawiają się jakby zupełnie inni ludzie. Są wyprasowane białe koszule, kobiety mają sukienki i są wymalowane.
Obsługa biega zestresowana przy stołach, uśmiechając się i przynosząc co chwile nowe wina do degustacji.
Jest mnóstwo śmiechu i jedzenia. Większość tego jedzenia zostaje. Szczególnie pizza na talerzu dzieciaków.

Następnego dnia wstaje wcześnie, mam do przejścia jakieś 600 metrów, aby dostać się za bramę starego miasta.
Muszę znaleźć nowe miejsce do spania, bliżej lub w środku starego miasta.
Najgorszy widok z rana to palone śmieci na ulicy.
Pojawiają się mężczyźni, którzy zgarniają wszystkie plastikowe butelki i inny syf i palą. Co kilkadziesiąt metrów nowe ognisko z plastików. W tym wszystkim poruszają się ludzie, idę też i ja. Jest już ciepło, to będzie gorący, duszny dzień.
Od samego rana rozpoczyna się picie kawy na ulicach i w kawiarniach. Im bliżej bramy tym goręcej, a na ulicach kolorowe kobiety rozkładają się ze swoim narkotykiem, owocami, orzeszkami i można śmiało powiedzieć, że ze swoim codziennym życiem się rozkładają.

Nagle coś ściąga mnie na druga stronę ulicy, idę nie oglądając się na nic, coś mnie woła.
To ogromne, ciemne oczy dziewczyny po drugiej stronie, przyciągamy się nawzajem, tak, aby po chwili stanąć blisko siebie.
Stoimy prawie dotykając się ustami, czuję jej oddech na sobie, nawet nie wiem kiedy złapała mnie za ręce i nie chce puścić.
Jest bosa, ma na sobie tylko kolorowy strój i patrzy tak na mnie, ciemny spojrzeniem.
Oglądam jej twarz, ma delikatne rysy, mały nos, pełne namiętne wargi, słyszę jak biję jej serce, całe jej delikatne ciało pulsuje.
W jej oczach widzę radość i chęć powiedzenia czegoś.
Stoimy tak przez chwilę, a ona coraz mocniej trzyma mnie za dłonie, tak bardzo chce mi powiedzieć „lub mnie“.
Przyciągam ją do siebie i czuję jak nam dobrze. Z jej oczu płynie łza, uśmiecha się i oboje bez słowa odchodzimy w swoich kierunkach.

Znajduje miejsce do spania, w najstarszym hotelu 100 metrów od bramy starego miasta.
Dopiero tutaj mogę zrozumieć jak żyję się bez bieżącej wody. Będąc tutaj, chociaż krótko mogę docenić to, co dla mnie jest rzeczą normalną, czyli woda w kranie i w toalecie.
Właściciel bez emocji rozmawia ze mną i pokazuje mi pokój, w którym spędzę kolejne, samotne noce.
Łóżko, moskitiera, kraty w oknie, jedno działające gniazdko, toaleta, zbite lustro i duży żółty chiński baniak wody, który dostarczył mi właściciel hotelu, aż po same drzwi.
Jak się tym posługiwać? Baniak ciężki, duży, a w mojej łazience nie ma światła.


Wieczorem w hotelu jest pusto i ciemno, muszę przejść przez jakąś kuchnie i pokonać schody, aby wreszcie wejść do pokoju.
Nie ma ludzi i jest cicho, tylko za oknem słychać dziwne odgłosy.
Dzisiaj nie będzie kąpieli.
Wstaje rano, żółty, pełny baniak wody czeka już pod drzwiami.
Kolejny dzień, no i muszę znaleźć jakiś ślub do sfotografowania, w końcu po to tutaj przyjechałem.

 

Dodaj komentarz

Close Menu