Tena i Jerus
-Dokąd idziesz? Pięknie wyglądasz!
-Ha ha! It’s my special day – uśmiecha się i biegnie. Jest ubrana w białą sukienkę w czarne kropki. Dumnie eksponuje krzyż na szyi, który jest oznaką jej przynależności do kościoła ortodoksyjnego. Założyła też eleganckie buciki, a na głowie ma starannie ułożoną ciemna chustę. W ręku trzyma parasol, który chroni ją przed słońcem. Ma na imię Tena. Pewnym krokiem pokonuje kolejne metry żwirowej ulicy, jednej z wielu w rejonie Gerji.

Wszystko tutaj jest brudne i zakurzone. Dziennie przechodzi tędy mnóstwo ludzi. Mijają się ze sobą dwa, a nawet trzy światy. Para młodych ludzi w okularach marki Ray Ban. Ona ma na sobie świetnie dopasowaną niebieską sukienkę podkreślająca jej kształty, on bardzo dobrze skrojony garnitur. Zaledwie parę metrów dalej stoi grupa starszych kobiet w słomianych kapeluszach. Trzymają kilofy i rozłupują stary chodnik. Mają za sobą już ze 30 metrów pracy, przed nimi kolejne kilkaset. Przynajmniej jest praca na dłuższy czas. Zarobią! Bez tych kapeluszy nie dałyby rady, słońce zbyt mocno grzeje. Po przejściu 100 metrów jestem już nim zmęczony, nim i tym wszechobecnym kurzem.


Na ulicy widzę też mnóstwo dzieciaków pucybutów. Nie brakuje im chętnych, wystarczy przejść kilkanaście metrów i buty stają się szare. Poza tym usługa kosztuje tylko 3bir, więc jaki problem? Wystarczy wyczyścić 20 par i chłopak ma na obiad. Dołoży z kolejnych 15 par i może wystarczy na margheritę, taką ciepłą prosto z pieca. Na pewno będzie mu smakowała po całym dniu pracy na ulicy.


Przejeżdża tędy sporo samochodów, zwykle marki toyota i stare niebieskie taksówki. Z ich rur wydechowych wydobywa się śmierdząca czarna śmierć – takim powietrzem oddychają wszyscy Ci ludzie.
Pośród tego wszystkiego, jakby w zwolnionym tempie, porusza się Tena, a cała ulica zastyga niczym w filmie „Malena” z Monicą Belluci.
Tena musi ominąć jeszcze kłopotliwe skrzyżowanie. Tu jest jeszcze więcej ludzi i samochodów, każdy porusza się w swoim kierunku, pomijając jakiekolwiek zasady ruchu. Wokół mnóstwo handlarzy wszystkiego – sprzedają gumy do żucia, kukurydzę, orzeszki, karty sim, pomarańcze i banany. Ale główną rolę odgrywają tutaj taksówkarze. Prywaciarze schowani są w swoich starych smrodliwych autach, pytając zza szyby „taxi sir!?” Są też tuk tuki, a na nich plakaty pozującego Ronaldo w barwach Manchester United.


Rządzą jednak taksówki publiczne, stare nadające się na złom minibusy z miejscami na 11 osób, ale podróżuje nimi dwa razy więcej.
Słychać krzyki: „bole bole!!”, „Mexico!!”, „Piasa! Piasa” – tak naganiacze nawołują ludzi, zbierając ich z ulicy. Odjeżdżają dopiero wtedy, gdy bus się zapełni.
Koszt przejazdu ok. 3 km to dwa czasem trzy biry, nie ma reguły. Warto je mieć w dłoni, bo w tym gąszczu ludzi trudno jest sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć monetę. I właśnie do takiej taksówki wsiądzie Tena w swojej białej sukni i pięknych bucikach.
Razem z nią pojadą inni, zwyczajni ludzie, dzieciaki jadące do szkoły, dorośli i nie tylko do pracy. Zauważam dwóch chłopców
o bardzo ciemnej karnacji i śnieżnobiałych oczach. Starszy trzyma małego za rękę, widać, że się o niego troszczy. Patrzę na
ich stopy, są zniszczone i bardzo brudne. Mimo, że jest poranek, oni wyglądają jak po całym dniu ciężkiej pracy. Pomiędzy ich stopami stoją wiaderka z gąbkami oraz krzesełko, na którym usiądzie przyszły klient w Bole, bo tam jedziemy.


Bole to nowoczesna dzielnica pełna ludzi sukcesu, nowoczesnych hoteli i restauracji, a co za tym idzie turystów z USA oraz Europy. Czy w Bole chłopaki zarobią więcej? Może nawet 10bir od pary, bo 5bir to już na pewno! A muszą zarabiać, żeby pomóc rodzinie, jak większość pucybutów dzieciaków. Na szyjach noszą wisiorki
z krzyżem jak większość ludzi. Mają swojego Boga i wierzą w niego. „Piotr! God bless you!!!” – często to tutaj słyszę.

Znajduje się tu wiele kościołów, jeden urzekł mnie szczególnie. To piękna, bardzo zadbana budowla. Dbają o nią miejscowe dzieciaki. Okolica wygląda już nieco inaczej. Widzę ludzi leżących na ulicy, pełno tu żebraków. W tym miejscu można zakupić pamiątki, w tym wisiorki z takimi krzyżami jak mieli chłopcy w busie, a nawet większymi. Przed
świętymi obrazami ludzi pokornie spuszczają  głowy. Niektórzy zostawiają datek w odpowiedniej skarbonce zabezpieczonej mocną kłódką. Ta chroni biry przed złodziejami.


Kiedy Tena jedzie do kościoła świętować w knajpie interesu pilnuje jej siostra Jerus.
Ma 19 lat i jest mistrzem w ceremonii parzenia kawy oraz gotowania, o czym wkrótce mam okazję się przekonać.
Obiad, czyli tzw. Injera z warzywami to koszt wyczyszczenia ok. 10-15par butów przez dzieciaka z ulicy.
Nie jest źle. Jednego dnia pokazuje mi z siostrą cały rytuał palenia i przygotowania kawy. Jestem zafascynowany. Koszt filiżanki przekłada się na wyczyszczenie tylko jednej, czasem dwóch par butów.
Jerus za rok wraca do szkoły – wieczorowo. Czekają ją jeszcze 4 lata nauki.
Tena musi dokończyć studia. Będzie pielęgniarką! Na razie odłożyła marzenia. Ciężko pogodzić biznes ze szkołą. Dziennie sprzedają ok. piędziesięciu kaw. Pracują do 23. Wieczorem sprzedają injere piwo oraz colę i fantę.

Obie uwielbiają tańczyć. Tena chciałaby wyjechać z kraju. Chce też założyć rodzinę. Często wpada do nich Mulugeta, jej chłopak. Kiedy widzę, że Tena założyła nowe ubranie, już wiem, że wieczorem napije się z nim piwa.
Wieczorami ulica jest kolorowa i głośna.
Pojawiają się nocni handlarze kukurydzy i orzeszków. Słychać głośną muzykę w stylu disco, czasem anglojęzyczną. Im robi się później, tym niebezpieczniej.
Pojawiają się też bezdomni, którzy siadają na żwirowej ulicy i w swoich szatach wyglądają jak duchy, które omijam, chcąc trafić do hostelu.
Oprócz Niemca, który siedzi tutaj już miesiąc, jestem jedynym białym w okolicy.
Czasem ktoś przejeżdża na dzień lub dwa i ucieka dalej zwiedzać Etiopię.
Ciekawe czy chłopaki z busa mieli dobry dzień w Bole…

Ten post ma jeden komentarz

  1. Brawo Piotr !!! Trzymam kciuki za projekt, za marzenia i za zdrowie !!!!! Powodzenia !!!!!

Dodaj komentarz

Close Menu